wtorek, 25 lipca 2023

Drabble - kolekcja

"Zapomnienie"

Duży, majestatyczny dąb rósł w parku od dziesięcioleci. Dawał schronienie zakochanym kradnącym pocałunki pod jego baldachimem. Stanowił mieszkanie dla rodziny drozdów, która zeszłej wiosny powiększyła się o skrzeczące pisklę. Osłaniał przed wzrokiem dorosłych młodzież, która odpalała swoje pierwsze papierosy i próbowała gorzkiego piwa.

A potem zarządca wyciął stary dąb i posadził kilka wiśni, które miały uatrakcyjnić wygląd alejki. Zakochani przenieśli się na ławkę pod wielką wierzbą, drozdy uwiły gniazdko na pobliskim klonie, a młodzież wyniosła się do innego parku. Wszyscy powoli zapomnieli o poczciwym dębie. I czasem tylko jakiś stary przechodzień uśmiechnął się na myśl o minionych latach jego świetności.

"Jak jest naprawdę?"

Widzę zielone pola i niebieskie chabry wpatrujące się w słońce. A w oddali coś na kształt miasta wypełnionego ludźmi, do których tak tęskniłam. Pragnę biec do nich z otwartymi ramionami oświetlona blaskiem jasnych promieni.

Widzę rzekę, na której kołysze się łódź z ponurym demonem. Metaliczny posmak w ustach przypomina, że nadszedł czas zapłacić za czas, za smutki, za uciechy.

Widzę kręgi i białą różę skrywającą majestatyczną postać na tronie. Chcę iść do światła, ale nogi mam skute lodem.

Widzę wreszcie ciemność, w której jest wszystko i nie ma też nic.

A jak jest naprawdę?

Nie wiem.

Tam jeszcze nie byłam.

"Brzmię"

Oparłam łokcie o balustradę balkonu i zapatrzyłam się na opustoszałą niemal ulicę. Głowa bolała mnie w miejscach, w których uciskał ją diadem. Miałam ochotę zdjąć go i rzucić pod koła dorożki lokalnego wróżbity. Stary łgarz nie umiał nawet przewidzieć, z której strony wstanie słońce, ale jakimś cudem zbijał fortunę na swoim fachu.

Na zgaszonej latarence przysiadła wrona i zaskrzeczała głośno. Opuściłam głowę, przez chwilę obserwując, jak czarny aksamit sukni zlewa się z mrokiem zimowej nocy. Wyglądałam, jakby cienie usiłowały mnie pochłonąć, ukryć w swojej bezdennej otchłani.

Tu jest bezpiecznie, obiecywały.

Mrok nie był jednak wiele lepszy od wróżbity.

Zapaliłam latarenkę.

🔰🔰🔰🔰🔰🔰🔰🔰🔰🔰🔰🔰🔰🔰🔰🔰🔰🔰🔰🔰🔰🔰🔰🔰🔰🔰🔰🔰🔰

Dla niewtajemniczonych: drabble to utwór literacki o dokładnej długości 100 słów. A wg starej dobrej Wikipedii jego celem jest "zwięzłość, testująca zdolność autora do wyrażania ciekawych i znaczących pomysłów na ograniczonej przestrzeni"

Dobry sposób na trenowanie umiejętności i zabawę słowem. Rzadko praktykuję, ale na Opowi.pl regularnie pojawiają się ciekawe konkursy, więc i ja spróbowałam swoich sił.

środa, 31 maja 2023

Jaskółka 🕊️

       – Nie ma opcji. Już ja znam takie sytuacje. Oglądam filmy, czytam książki i nie…

Adam ze sceptyzmem uniósł brew.

– Okay. Ale widziałem filmy – poprawiłem się. – Ktoś dostaje kopa od losu i jest obrażony na cały świat. A to w dodatku jakaś rozpieszczona gówniara, którą…

– Czekaj, żebym dobrze zrozumiał. – Adam przyłożył palce prawej dłoni do głowy, jakby intensywnie musiał się zastanowić. – Odrzucasz ofertę pracy, bo naoglądałeś się filmów?

Nie miałem pojęcia, co na to odpowiedzieć. Adam odetchnął głęboko i bez słowa ruszył do furtki, a potem zatrzymał się, żeby rzucić przez ramię:

– Zastanów się, naprawdę świetnie płacą.

I zniknął za płotem.

Zacisnąłem szczęki, wpatrując się w porzucony sprzęt do ćwiczeń. Potrzebowałem forsy. I to bardzo. A praca w lokalnym sklepie opłacałaby się tylko, jeśli bym z niej nie wychodził. Szlag.

– Adam! Zaczekaj!

***

Dom z zewnątrz wyglądał dokładnie tak, jak mogłem przypuszczać: duży, otoczony ogrodem i z całkiem nowym samochodem na podjeździe. Rodzice Adama mieli podobny, więc po ich znajomych nie spodziewałem się niczego innego. My mieszkaliśmy we czworo w starej kamienicy ze zrzędliwym staruszkiem za ścianą. Nie należeliśmy do najbiedniejszych, ale sporo dałbym za brak konieczności dzielenia sypialni z młodszym bratem.

Córka właścicieli domu, przed którym sterczałem od pięciu minut, zdecydowanie nie miała tego rodzaju problemów. Adam wspominał zresztą, że rodzice zapisali ją do liceum na drugim końcu miasta tylko dlatego, że miało lepsze wyniki od lokalnego. Zapowiadały się niezłe wakacje.

Zdławiłem w sobie chęć wzięcia nóg za pas i zadzwoniłem do bramy, która odpowiedziała buczeniem oczekiwania na odpowiedź. Po chwili w głośniku rozległ się damski głos:

– Tak, słucham?

– Eee… Dzień dobry. Przyszedłem w sprawie pracy.

– Ach, oczywiście! Bardzo pro…

Pisk towarzyszący automatycznemu otwieraniu bramki zagłuszył resztę odpowiedzi. Pchnąłem furtkę i kilka kroków później znalazłem się na schodkach. W drzwiach wejściowych stanęła kobieta około pięćdziesiątki.

– Ty musisz być Leo, przyjaciel Adama – odezwała się na powitanie. Zrobiła krok, gestem zachęcając do wejścia. – Chodź, porozmawiamy o konkretach.

Te nie były szczególnie skomplikowane. Miałem zjawiać się w jej domu trzy razy w tygodniu, żeby zabierać córkę kobiety do ośrodka rehabilitacyjnego. A ponieważ studiowałem fizjoterapię, oczekiwano, że w dwa inne dni będę przychodził i ćwiczył z dziewczyną osobiście. Kobieta z wyraźnym niezadowoleniem wyjaśniła, że córka miała wypadek na motocyklu i konkretnie połamała sobie kość piszczelową. Przełknąłem nerwowo ślinę, ale niczego nie skomentowałem. Chwilowo wciąż poruszała się na wózku, ale oczekiwano, że wkrótce przerzuci się już na kule. Tak naprawdę miałem więc być szoferem, opiekunem i rehabilitantem przez jakieś dwadzieścia godzin w tygodniu. W głowie już obliczałem, czy dałoby radę pogodzić to z pracą w sklepie albo rozwożeniem pizzy.

– Skoro wszystko jasne, może chciałbyś poznać Sarę?

Tego momentu obawiałem się najbardziej. Nie wypadało jednak oponować – zresztą chciałem jak najszybciej mieć to za sobą. W końcu nie musiałem lubić tej dziewczyny, więc nawet gdyby faktycznie okazała się rozpieszczoną i naburmuszoną nastolatką, wystarczyło, żebym wypełniał zadania zlecone przez jej matkę.

Podążyłem więc za kobietą na taras oddzielony od domu dużymi, przeszklonymi drzwiami. Moja świeżo upieczona podopieczna półleżała na leżaku z nogą od stopy aż po kolano w gipsie. Na zewnątrz mocno grzało słońce, więc podejrzewałem, że wrażenia musiały być mało przyjemne, ale dziewczyna nie wyglądała na niezadowoloną. Miała przymknięte oczy, a na uszach słuchawki, dlatego nawet nie zauważyła, gdy się zbliżyliśmy. Nieznacznie kołysała głową, przez co ciemne włosy podskakiwały do rytmu.

Kobieta pochyliła się nad córką i dotknęła jej ramienia. Dziewczyna drgnęła nerwowo i otwarła oczy, a gdy dostrzegła matkę westchnęła ni to z irytacją, ni z ulgą. Zsunęła jedną słuchawkę.

– Co jest?

– Chciałam ci kogoś przedstawić. – Kobieta wskazała mnie ręką. – To Leo, twój nowy opiekun.

Dziewczyna spojrzała na mnie tylko przelotnie, po czym znów zwróciła się do matki.

– Przecież powiedziałam, że nie potrzebuję pomocy.

– Sara, nie zaczynaj – ostrzegła kobieta.

– Ale po co się upierasz? – Dziewczyna zaparła się rękoma, żeby usiąść bardziej prosto. – Przecież mogę sama jeździć na rehabilitację i…

– Nie będziesz w tym stanie sama jeździć po mieście. I koniec dyskusji. Leo będzie zaglądał zabierał cię na rehabilitację i pomagał ćwiczyć. Studiuje fizjoterapię, więc oboje na tym skorzystacie. A teraz bądź tak miła i pokaż się z dobrej strony.

Po tych słowach uśmiechnęła się do mnie przepraszająco i wróciła do domu. Sara spojrzała na mnie z ledwo hamowaną niechęcią i powiedziała:

– Miło pana poznać.

Szczerze w to wątpiłem, ale na głos powiedziałem tylko:

– Tylko nie żaden „pan”. Mów mi Leo.

– W porządku. Wystawią ci chociaż papierek za praktyki?

W pierwszej chwili nie załapałem, ale w końcu dotarło do mnie, co miała na myśli.

– Och, nie. To tylko praca wakacyjna. Na praktyki muszę załapać się do szpitala albo ośrodka.

Pokiwała głową, przyjmując informację do wiadomości.

– Więc kiedy zaczynasz?

– Jutro.

– Masz swój samochód?

– Jasne.

– Jak długo zostaniesz?

Czułem się jak na rozmowie kwalifikacyjnej. Sara przez cały czas siedziała wyprostowana jak struna, nawet na mnie nie patrząc. Odnosiłem wrażenie, że obserwowanie gałęzi kołysanych słabym wiatrem interesuje ją bardziej od mojej osoby. Zadawała tylko kolejne pytania, aż wreszcie wyczerpały jej się możliwości. Niedługo później pożegnałem się i wróciłem do domu z poczuciem, że czekają mnie naprawdę ciężkie tygodnie.

Następnego dnia poznałem ojca Sary, choć to dość mocne słowo, jak na opis naszego spotkania. Mężczyzna przywitał mnie w drzwiach i wręczył zapasowy klucz do furtki, żeby dziewczyna nie musiała się fatygować, kiedy jego i żony nie było w domu. Później wyszedł, tłumacząc się sprawami zawodowymi. Nie wątpiłem, że ufali mi głównie przez polecenie rodziców Adama, ale i tak czułem się dziwnie, przypinając kluczyk do własnego pęku z breloczkiem przywiezionym z wakacji.

Sara była już gotowa do wyjścia – siedziała w holu na wózku z niedużym plecakiem zawieszonym na uchwytach przy oparciu. Pamiętając o tym, jak zachowywała się poprzedniego dnia, zdobyłem się tylko na zdawkowe pozdrowienie. Potem jednak przypomniałem sobie o schodkach przed domem i braku jakiegokolwiek podjazdu. Dziewczyna szybko potwierdziła moje obawy – musiałem znieść ją z wózkiem. Nic dziwnego, że matka tak upierała się przy zatrudnieniu pomocy.

Nie miałem nawet pojęcia, jak zabrać się za złapanie wózka, żeby nie zrzucić przy okazji Sary, nie mówiąc już o dźwiganiu go w dół. Dziewczyna przyglądała się moim poczynaniom z coraz większym zdenerwowaniem.

– Mogę po prostu zejść – powiedziała w końcu. – To tylko trzy schody, dam sobie…

– Nie ma mowy – zaoponowałem od razu. – Masz nie obciążać nogi, póki…

– Jadę na rehabilitację.

– I myślisz, że od razu postawią cię na nogi i każą chodzić?

Mój protekcjonalny ton zamknął jej usta. Wydęła tylko z niezadowoleniem wargi i znów wbiła spojrzenie w przestrzeń. Świetnie. Po raz kolejny spróbowałem chwycić wózek, ale każda poza była albo niepraktyczna, albo niezbyt przyzwoita. Westchnąłem.

– A może po prostu zaniosę cię do samochodu bez wózka? – zaproponowałem.

– Co?

Byłem pewien, że usłyszała mnie doskonale. Podrapałem się po głowie.

– To najlepsze rozwiązanie w tej sytuacji. Zaraz będziemy spóźnieni, a sam nie zniosę cię razem z wózkiem.

Gdybym akurat na nią nie patrzył, przegapiłbym moment, w którym mocniej zacisnęła szczęki. Później od razu je rozluźniła i rzuciła:

– Jak chcesz.

No i proszę. Naburmuszona i obrażona – dokładnie tak jak mówiłem. Najchętniej natychmiast napisałbym Adamowi, że wpakował mnie na niezłą minę, ale naprawdę brakowało nam czasu. Pochyliłem się więc nad Sarą i najdelikatniej jak umiałem, wsunąłem jej ręce za plecy i pod kolana. Dziewczyna nie zamierzała mi w żaden sposób pomagać, więc upewniłem się, że trzymam ją dość pewnie i wyprostowałem się nie bez trudu. Zszedłem po schodkach i w mgnieniu oka dotarłem pod drzwi samochodu. Sara wciąż nie wykazywała żadnego zainteresowania.

– Mogłabyś?

Nie odpowiedziała, ale wyciągnęła rękę i otwarła drzwi. Ugiąłem kolana, żeby posadzić ją na fotelu i niechcący zahaczyłem głową dziewczyny o dach auta.

– Hej! – zawołała oburzona, odruchowo unosząc ręce.

– Wybacz! – Pochyliłem się mocniej i tym razem bez przeszkód odłożyłem ją na siedzenie. – Nic ci nie jest?

– I tak jedziemy do szpitala – odparła lekceważąco.

Otwarłem usta, żeby dodać coś jeszcze, ale zaraz je zamknąłem. Przecież nie zrobiłem tego celowo. Nie miałem zamiaru tłumaczyć się przed jakimś dzieciakiem.

Niestety, reszta dnia wcale nie wypadła lepiej. W trakcie jazdy Sara wyjęła z plecaka książkę, wyraźnie zaznaczając, że nie ma ochoty na rozmowy. W ośrodku zostawiłem ją pod opieką rehabilitanta i poszedłem po kawę, żeby poprawić sobie nieco humor. Nie pomogło, zwłaszcza gdy po wszystkim zmuszony byłem spędzić w męczącej ciszy jeszcze półtorej godziny. Gdy tylko pojawiła się matka Sary, z ulgą uciekłem do domu.

  Zacząłem chwytać się na tym, że z utęsknieniem wyczekuję chwili, kiedy zmiana w roli opiekuna
się skończy i będę mógł iść do drugiej pracy. Rozwożenie jedzenia z nadzieją na lichy napiwek  sprawiało mi zdecydowanie więcej frajdy niż spędzanie czasu z Sarą. Dziewczyna albo siedziała z nosem w książce, albo zachowywała się, jakbym miał trąd. Od niefortunnego wypadku z samochodem za każdym razem patrzyła na mnie krzywo, gdy brałem ją na ręce i osłaniała głowę, jakby za grosz mi nie ufała. Odpłacałem jej się tym samym – przynajmniej w kwestii milczenia i skąpych odzywek. Jedyne chwile, kiedy zdawaliśmy się posiadać choćby cienką nić porozumienia, następowały w obecności jej rodziców. Nie trwały więc szczególnie długo.

Po dwóch tygodniach nabrałem dystansu. W końcu mało kto był zadowolony ze swojej pracy. Najważniejsze to ją wykonać, zgarnąć pieniądze i wrócić do domu. Wiedziałem, że kiedyś przyjdzie podobna refleksja, ale nie spodziewałem się jej jeszcze przed końcem studiów.

Z westchnieniem wysiadłem z samochodu. Jak automat otwarłem furtkę i wszedłem po schodkach. Nie zawracałem sobie głowy pukaniem – szybko załapałem, że Sara i tak nie otworzy. Wolała siedzieć w holu i czekać, aż sam sobie poradzę. Zadziwiające jak na kogoś, kto beze mnie był więźniem we własnym domu.

Tym razem jednak dziewczyny ani wózka nie było w korytarzu. Zmarszczyłem brwi i sprawdziłem zegarek. Mogłem powiedzieć o niej wiele, ale z pewnością nie to, że była niepunktualna albo roztargniona. Właściwie dotychczas działała niemal jak w zegarku. Zsunąłem buty i ruszyłem w głąb domu. Minąłem kuchnię i stanąłem na progu salonu, który ewidentnie przeorganizowano tak, żeby Sara swobodnie mogła dotrzeć na taras. Tam zresztą dostrzegłem ją przez szklane drzwi. Gdy podszedłem bliżej, zauważyłem, że dziewczyna rozmawia akurat z sąsiadką. Kobieta niemal wisiała na płocie, mówiąc coś z szerokim uśmiechem. Dobiegł mnie jej stłumiony głos:

– I to na pewno nie problem, że przychodzi do was?

– Ależ skąd! – zapewniła Sara. – Ja teraz do państwa raczej nie podskoczę, a przez laptopa nie tłumaczy się tak dobrze.

Chwyciłem za klamkę i przesunąłem lekko drzwi. Dziewczyna od razu odwróciła się w moim kierunku.

– To już? – rzuciła zamiast powitania. – Przepraszam, zagadałam się. Już idę.

Serdecznie pożegnała się z sąsiadką, nie dając mi nawet nic powiedzieć. Otwarłem szerzej drzwi, przepuściłem ją i grzecznie pokiwałem kobiecie. Gdy zwróciłem się w kierunku Sary, ta właściwie zniknęła już w holu, sprawnie lawirując wózkiem.

– Całkiem nieźle ci idzie – zauważyłem.

– Mam sporo czasu – przyznała, zatrzymując się tam, gdzie zwykle.

Podszedłem i wziąłem ją na ręce bez pytania. Zachwiałem się przy tym, więc odruchowo zacisnęła mocno palce na mojej koszulce. Kiedy odzyskałem równowagę, popatrzyłem na nią bez słowa, ale to wystarczyło, żeby speszyła się i zabrała rękę.

– Co tłumaczysz? – zapytałem, ruszając do wyjścia.

– Emm… matematykę. Wnuk sąsiadki średnio sobie radzi, więc daję mu korepetycje.

Posadziłem ją na fotelu. Zanim wózek ułożyłem w bagażniku i usiadłem za kierownicą, Sara już trzymała nos w książce. Jak na ludzi, którzy nie rozmawiali wiele, całkiem dobrze poszło nam wypracowanie codziennych nawyków. Po zajechaniu pod ośrodek znów sadzałem ją na wózku i wiozłem do głównego holu, potem trochę przyglądałem się wykonywanym ćwiczeniom, żeby je zapamiętać, a przez resztę czasu zagadywałem pielęgniarki albo siedziałem w kafeterii. Po powrocie do domu czekaliśmy na powrót jej matki w salonie albo na tarasie.

Tym razem jednak, gdy zatrzymałem się w holu, wzrokiem szukając rehabilitanta, Sara chwyciła za kółka i odjechała kawałek. Ku mojemu zdumieniu, zbliżyła się do dziecka leżącego w wózku i wydzierającego się w niebogłosy. Pochyliła się, omal nie spadając na ziemię i podniosła z podłogi zmarnowanego pluszowego misia. Ruszyłem w jej kierunku. W tej samej chwili matka dziecka odwróciła się od recepcji, popatrzyła na Sarę i uśmiechnęła się.

– Dziękuję.

Dziewczyna odpowiedziała uśmiechem, podała maluchowi zabawkę i znów chwyciła za koła. Zatrzymałem się obok, a ona niczego nieświadoma z impetem przejechała mi po stopie, obracając wózek.

Syknąłem, zabierając gwałtownie nogę. Dziewczyna puściła koła, wytrzeszczyła oczy i przyłożyła dłonie do ust.

– Przepraszam!

Jej reakcja zdumiała mnie tak bardzo, że w pierwszej chwili nawet nie odpowiedziałem. Z ostatnich dwóch tygodni nie miałem nawet jednego dobrego wspomnienia z tą dziewczyną. Tymczasem dziś okazywała się bardziej ludzka i normalna – zupełnie jakby w nocy przybyli obcy, który podmienili ją na klona. Potrząsnąłem głową, odpychając głupie myśli. Jedna jaskółka wiosny nie czyni.

A jednak jadąc do niej kolejnego dnia, zastanawiałem się, dlaczego przy innych ludziach Sara zachowywała się tak otwarcie. Po co grać miłą przy osobach, których prawdopodobnie nigdy więcej nie zobaczy? Zwłaszcza, że przy mnie nie miała podobnych odruchów. Grała dobrze wychowaną czy też chodziło o coś zupełnie innego?

Tego dnia nie musieliśmy jechać do ośrodka – mieliśmy za to trening w domu. Tych chwil nienawidziłem jeszcze bardziej, bo nie mogłem uwolnić się od dziewczyny nawet na chwilę. Nasze rozmowy ograniczały się jedynie do krótkich poleceń, które Sara wykonywała bez zająknięcia. Czasem widziałem na jej twarzy napięcie albo zmęczenie, ale ani razu nie wyraziła swojego niezadowolenia na głos. To sprawiło, że znów pomyślałem o nieoczekiwanej zmianie, jaką widziałem ledwie dobę wcześniej.

– Dlaczego udzielasz korepetycji? – zagadnąłem, obserwując, jak ćwiczy.

– Chyba nie rozumiem pytania.

Cóż, faktycznie nie było najmądrzejsze. Sara jednak już patrzyła na mnie z uwagą, więc nie mogłem się wycofać.

– Po prostu byłem ciekaw, czemu ktoś taki uczy…

– Ktoś taki? – powtórzyła. – A co to ma znaczyć?

– Nie wydajesz się osobą, która lubi…

– Co, pomagać? – podpowiedziała ze złością.

– Nic takiego nie powiedziałem. Zresztą, dlaczego mi się dziwisz? Do mnie nawet nie raczysz się odzywać, chociaż nie mam pojęcia, co takiego zrobiłem.

– Och, przepraszam bardzo! Nie sądziłam, że pana uraziłam!

Policzki jej poczerwieniały.

– Czemu miałabym być miła dla kogoś, kto spędza ze mną czas, bo mu płacą? Jestem twoją pracą, więc tak się zachowuję. Nie, żebyś ty choć raz pokazał, że ci to przeszkadza.

Osłupiałem. Oboje siedzieliśmy na podłodze w jej salonie, więc oczy mieliśmy na tej samej wysokości, ale Sara odwróciła głowę, znów patrząc wszędzie, byle nie na mnie. Po raz pierwszy jednak nie wziąłem tego za objaw zarozumialstwa. Jeśli już to… zawstydzenia. Poczułem coś na kształt współczucia.

– Wiesz, czemu wziąłem tę pracę?

Nie spojrzała na mnie, ale pokręciła głową. Też odwróciłem wzrok i prychnąłem.

– Chciałem uzbierać pieniądze na kurs na motor.

Kątem oka zauważyłem, że przelotnie na mnie zerknęła. Jednocześnie drgnęły jej kąciki ust.

– Serio?

– Mhm.

– Strasznie kretyński pomysł.

– Właśnie widzę.

Wreszcie popatrzyliśmy na siebie i niespodziewanie oboje wybuchliśmy śmiechem. I chociaż nie wydarzyło się nic spektakularnego, reszta zmiany upłynęła zaskakująco… przyjemnie. Zresztą kolejne dni też takie były. I stanowczo wystarczyły, żebym spojrzał na Sarę w nowym świetle. Jak wtedy, gdy w szpitalu spotkałem znajomego, a ona od razu sięgnęła po książkę, zbyt nieśmiała, żeby włączyć się w rozmowę. I rozpromieniła się, jak tylko ją przedstawiłem.

***

W sobotę słońce prażyło równie mocno jak w dniu, gdy się poznaliśmy. Wiedziałem, że cała rodzina jest w domu, więc dla odmiany skorzystałem z dzwonka.

– Leo? – Mama Sary patrzyła na mnie, jakbym miał dwie głowy. – Ale dziś… nie pracujesz.

– Wiem. Sara mówiła, że jej znajomi idą na basen. I pomyślałem, że też chciałaby skorzystać z pogody.

Sara była nie mniej zdumiona od mamy, a w dodatku sceptycznie nastawiona do wychodzenia w miejsca publiczne. Musiałem więc obiecać, że nie zamierzam robić z niej małpy w ZOO, zanim zgodziła się ubrać.

Przez pół drogi dopytywała, dokąd jedziemy, aż zgłośniłem radio i zacząłem wywrzaskiwać kolejne piosenki.

– Park krajobrazowy?

Spojrzała na mnie z niedowierzaniem

– Nie spotkamy tłumów i oboje się dotlenimy. Poza tym, mają tu świetny taras widokowy.

      Pchanie wózka było uciążliwe, ale wreszcie spocony i zdyszany zatrzymałem się przy barierce
tarasu, z którego rozpościerał się widok na trzy wodospady. Oczy Sary rozbłysły jak latarnie.

– A nie mówiłem?

Choć raz milczenie między nami nie było pełne napięcia. Podziwialiśmy widok, ciesząc się promieniami słońca i lekkim wiatrem. Oparłem łokcie o balustradę i wychyliłem się, czując kropelki wody na twarzy. Po chwili coś poruszyło barierką. Obróciłem się do Sary i zobaczyłem, jak próbuje podnieść się z wózka.

– A co ty wyrabiasz?

– Wstaję.

– Tyle widzę.

– Patrząc przez deski, czuję się jak w klatce.

– Sara, siadaj i się nie wygłupiaj. Nie zabrałem cię tu, żebyś zrobiła sobie krzywdę.

Gdy mnie nie posłuchała, chwyciłem ją w pasie i posadziłem, a potem odsunąłem wózek od barierki.

– Hej! – obruszyła się.

– Jak coś sobie zrobisz, twoi rodzice mnie zabiją.

– Jest lato w pełni, a ja tkwię na tym głupim wózku.

– Jeszcze tylko trochę – zapewniłem. – Jeśli ukucnę i będę patrzył przez barierki, będzie ci lepiej?

– Nie.

Westchnęła z rezygnacją.

– Ale dzięki, że proponujesz.

Ciszę wypełniały szum wody i świergot ptaków. Nie podchodziłem do barierki, żeby nie kusić Sary.

– Czemu po mnie dzisiaj przeszedłeś? – zapytała po chwili. – Bo jeśli robisz to z litości, to nie musisz się fatygować.

Przewróciłem oczami.

– A nie mogę po prostu cię lubić?

– Po tym, co mówiłeś ostatnio?

Touché.

– Oceniłem cię za szybko.

– Doprawdy? - rzuciła z kpiną. 

– Chcesz usłyszeć, jak sądziłem, że będziesz rozpieszczonym dzieciakiem z pretensjami do świata?

– Raczej przyznania, że role się odwróciły.

Prychnąłem, ale Sara miała rację. Myślałem, że jestem bohaterem, który ma naprawić jej świat, a koniec końców to ona poprawiła mój światopogląd.

Pewnie powinienem uznać to za karmę, ale dwa tygodnie później rodzice Sary podziękowali mi za współpracę. Dziewczyna zaczęła poruszać się o kulach, a jej ojciec rozpoczął urlop, więc nie potrzebowali moich usług. I chociaż wolałbym sam tego przed sobą nie przyznawać, to nie pieniądze były tym, czego najbardziej żałowałem. Cały tydzień dobierałem sobie jak najwięcej godzin w pizzerii, a z nadejściem kolejnego poniedziałku uznałem, że przecież nie byłem żadną bohaterką łzawej komedii romantycznej. Nie zamierzałem siedzieć i się nad sobą użalać.

Wierciłem się, próbując znaleźć właściwą pozycję, ale nic nie pomagało. Czy te krzesełka zawsze były takie niewygodne? Może chodziło po prostu o tę sytuację. Po raz kolejny w ciągu kwadransa zerknąłem nerwowo na drzwi naprzeciw. Wreszcie jedno skrzydło otwarło się z impetem, pchane barkiem i kulą. Doskoczyłem do niego i chwyciłem za klamkę.

Zdumione spojrzenie błękitnych oczu padło na moją twarz i zaraz zostało zastąpione przez konsternację.

– Leo?

Uśmiechnąłem się.

– Wiesz, tym razem nie musiałabyś patrzeć przez barierki.

Powoli jej twarz też rozjaśnił uśmiech.

Ta, zapowiadały się niezłe wakacje.

wtorek, 3 lipca 2018

Mirculous Tales of Ladynette and Chatdrien - Villain Cat (3/3)

🐞🐞🐞
-Hm? - popatrzyłam na to, co mi się trafiło. - Pasek do spodni? Żadne z nas nie nosi spodni.
Rozejrzałam się dookoła, świadoma uciekającego czasu. Pięć minut. Dodatkowo Chat Noir nadciągał nieubłaganie z cataclysmem gotowym do użycia i pustką w oczach. Gdyby był sobą, najpewniej rzuciłby jakimś zabawnym tekstem na widok tego, co otrzymałam w ramach lucky charmu. A ja nadal nie miałam pojęcia, jak użyć paska do spodni przeciwko jego zakumizowanej wersji. Z braku innych możliwości zapięłam go w pasie, szykując się na kolejne starcie.
Odpieranie ataków mojego odmienionego przyjaciela przychodziło mi z coraz większym trudem. Z bólem przyjmowałam kolejne ciosy, które dobitnie przypominały mi, jaki dobry był z niego szermierz. Żeby uniknąć doświadczenia na własnej skórze skutków cataclysmu użytego przeciw żywej istocie, przycisnęłam jego dłoń do zaparkowanego za moimi plecami samochodu. Kilka sekund później pojazd rozsypał się w drobny mak.
Ile czasu mi zostało? Plułam sobie w brodę, że wykorzystałam lucky charm zbyt wcześnie, podczas gdy Chat Noir z dziką zawziętością znów próbował załatwić mnie swoją mocą. Nigdy nie wygram, jeśli ciągle będę musiała uważać, żeby nie zostać dotkniętą. Otwarłam szerzej oczy, kiedy dotarła do mnie oczywistość tego stwierdzenia. Przez tą chwilę nieuwagi, Chat Noir udało się przedrzeć przez moją obronę i jednym uderzeniem w twarz powalić mnie na ziemię z głuchym łoskotem. Będę miała po tym niezłego siniaka. Zakręciło mi się w głowie i zanim wszystko wróciło do pionu, mój zakumizowany przyjaciel przykucnął z chytrym uśmieszkiem, który nie sięgał jego pobawionych emocji oczu.
Czas stanął w miejscu, a ja patrzyłam na dłoń w rękawiczce sięgającą po miraculum z, Bóg jeden wie, iloma jeszcze kropkami. Oczami wyobraźni zobaczyłam inną sytuację, w której Hawk Mothowi niemal powiodła się nieplanowana próba wykorzystania Chat Noir do odebrania mi kolczyków. Tyle razy robiło się już naprawdę nieprzyjemnie, ale zawsze miałam u boku partnera pilnującego moich pleców. Doceniałam jego wkład w chronienie mojego miraculum, kiedy sprawy przybierały naprawdę zły obrót, chociaż niemal od początku próbował przekonać mnie do ujawnienia swoich tożsamości. I dlatego ja powinnam bronić naszych miraculów, skoro on nie był do tego zdolny. Tym bardziej czułam przerażenie na myśl, że zakumizowane alter ego kota jest już tak blisko wygranej. Chat Noir nie wybaczyłby mi, gdybyśmy całą walkę z Hawk Mothem przegrali, bo nie udało mi się go uratować na czas.
😼😼😼
Wszystkie te przemyślenia nie trwały dłużej niż ułamek sekundy.
Skupiłam się na praktycznej części tej sytuacji. Chat Noir był ode mnie silniejszy, poza tym stał stabilnie, więc nie było mowy o odepchnięciu go, zwłaszcza że upadając, wypuściłam jojo z ręki. Kątem oka widziałam je tuż obok prawej nogi mojego opętanego partnera. Jedną dłoń zakończoną ostrymi pazurami - niebezpiecznie zbliżającą się do mojego ucha - spowijał cataclysm, druga zajęta była przez kij, co działało na moją korzyść.
Z doświadczenia wiedziałam, że najskuteczniejszą bronią jest element zaskoczenia, dlatego złapałam Chat Noir za ramiona i zdecydowanym ruchem przyciągnęłam do siebie. Wybacz, Kitty Cat, pomyślałam na ułamek sekundy przed tym jak nasze czoła zderzyły się i mój przeciwnik stracił równowagę. Odepchnęłam go i przetoczyłam się w stronę jojo, chwytając je w pędzie. Czując łupanie w czaszce, doskoczyłam do Chat Noir i oplotłam go w pasie, zmierzając do najbliższej latarni na skraju chodnika. W drugiej ręce trzymałam już pasek, którym przyszpiliłam jego nadgarstek do słupa. Chat Noir szarpnął się kilkukrotnie, usiłując oswobodzić dłoń albo chociaż sięgnąć cataclysmem opaski, ale improwizowane kajdanki skutecznie uniemożliwiały mu ruchy ręką. Złoczyńca zmrużył martwe oczy, patrząc na mnie nienawistnie.
-To jeszcze nie koniec, insekcie - wysyczał głosem mojego przyjaciela.
-Owszem, koniec.
Przyjrzałam się jego strojowi dokładnie. Gdzie jesteś, pasożycie? Kostium wyglądał zupełnie inaczej niż zwykle, więc odrzuciłam pomysł, żeby akuma ukryła się gdzieś w nim. Pierścień - dzięki Bogu - również odpadał, skoro przekształcił się wraz z przemianą, więc nie musiałam przynajmniej sięgać do niebezpieczniejszej z dłoni kota. Pozostawała jedna możliwość.
Mam cię. 
Chat Noir nadal usiłował dosięgnąć mnie kijem, więc odtrąciłam go i z bezpiecznej odległości wypuściłam jojo prosto w dzwoneczek na szyi, który pękł, uwalniając spaczonego motyla. Ćma zatoczyła kilka kręgów nad głową swojego dotychczasowego żywiciela i zaczęła leniwie oddalać się w stronę słońca. Przesunęłam palcem po awersie joja.
Wygląd mojego przyjaciela powoli wrócił do normy, podczas gdy ja zajęłam się akumą. Odwróciłam się na pięcie, akurat kiedy Chat Noir - mój prawdziwy Chat Noir - dźwignął się z ulicy z wyrazem zagubienia na twarzy.
-Co się... - zaczął, ale nagle urwał, otworzył szeroko oczy i wskazał palcem na moje uszy. - Przemiana, My Lady!
Cofnęłam się o krok, otrzeźwiona jego słowami i zawahałam się, niepewna czy zdążę jeszcze cokolwiek powiedzieć. Lepiej jednak nie igrać z czasem.
-Daj mi kilka chwil! - zawołałam, uciekając w bezpieczne miejsce.
Ledwie ukryłam się w ślepym zaułku, z dala od ciekawskich spojrzeń, a ostatnia kropka zniknęła z kolczyków i Ladybug została zastąpiona przez Marinette. Przytrzymałam Tikki, która opadła wycieńczona na moje dłonie. Zaraz jednak popatrzyła na mnie z nową energią.
-To było niebezpieczne  - odezwała się. - Hawk Moth chyba nigdy nie był bliżej wygranej, Marinette.
-Mhm - przytaknęłam. - Jedno miraculum miał już właściwie w garści. Chat Noir nawet by nie zaprotestował, gdyby zabrał mu pierścień.
Zagryzłam wargę, w zamyśleniu podając mojemu Kwami ciastko, które nosiłam w torbie na czarną godzinę. Popatrzyłam na Tikki przepraszająco.
-Ladybug powinna z nim porozmawiać.
Moja mała przyjaciółeczka skinęła głową, doskonale rozumiejąc sytuację i wgryzła się w smakołyk. Nie chciałam jej pospieszać, ale nic nie mogłam poradzić na lewą stopę, która zupełnie mnie nie słuchając, wybijała nerwowy rytm na kostce brukowej. Miałam wrażenie, że minęły wieki, zanim padły słowa Tikki:
-W porządku, Marinette, jestem gotowa.
🐞🐞🐞
Biegiem wróciłam w miejsce, w którym zostawiłam Chat Noir, ale ulica była pusta, nie licząc kilku osób niepewnie opuszczających swoje domy. Ktoś musiał donieść, że kryzys zażegnany. Pewien mężczyzna wskazał na mnie ręką, mówiąc coś do kobiety obok i coraz więcej osób zaczęło zwracać na mnie uwagę. Niedobry moment, bardzo niedobry, pomyślałam i machnęłam gapiom, ulatniając się pospiesznie.
Z dachu budynku miałam znakomity widok na pobliską część Paryża, ale Chat Noir nigdzie nie było.
-Szukasz kogoś, Bugaboo? 
Odwróciłam się do źródła głosu, wewnątrz wzdrygając się na myśl o tym, że już dziś ten sam głos witał mnie w podobny sposób. Tym razem Chat Noir wyglądał zwyczajnie. Opierał się niedbale o komin z rękoma założonymi na piersi. Uśmiechnęłam się, czując niewypowiedzianą ulgę i podeszłam bliżej.
-Ominęła cię naprawdę dobra walka - powiedziałam, usiłując obrócić całą sytuację w żart, jednak wyraz twarzy mojego przyjaciela wstrzymał mnie przed dalszym mówieniem.
-Chyba nie do końca ominęła, co?
Widziałam smutek w jego oczach i nietrudno było sobie wyobrazić, co musiał teraz czuć. Każdego dnia toczyć walkę z ubezwłasnowolnionymi ofiarami potwora i w końcu stać się jedną z nich. Sama czułabym się z tym okropnie, chociaż wiedziałam, że nic nie można na to poradzić. Tego się nie wybiera.
Położyłam dłonie na ramionach partnera, żeby skupić na sobie całą jego uwagę.
-Co się stało?
Chat Noir pokręcił tylko głową, spuszczając wzrok. 
-W porządku, nie mów, jeśli nie chcesz. Ale nie wolno ci się obwiniać.
Uszy mojego przyjaciela drgnęły na sekundę przed tym jak poderwał głowę i spojrzał na mnie z niedowierzaniem.
-Jak mam się nie obwiniać, Bug? Dałem się opętać tej bestii i wpędziłem nas tylko w kłopoty.
-Przestań! - zdenerwowałam się. - To nie zależało od ciebie!
-Owszem, zależało! - On też zaczął krzyczeć. - Doskonale wiedziałem, jak on działa, a i tak wpadłem w jego sidła!
Po tych słowach znów spuścił głowę, opierając ją na moim ramieniu. Ciężko było mi patrzeć na Chat Noir w takim stanie. Zniknęła jego brawura, cięty język i nonszalancja, a został ten przybity duch, którego nie poznawałam.
-Posłuchaj, Kitty Cat - mówiłam do czubka jego głowy, ale nie miało to żadnego znaczenia, bo i tak wiedziałam, że słucha. - Jesteśmy drużyną i musimy działać jak drużyna. A to wiąże się z tym, że czasem jedno musi uratować to drugie. Ale to nie oznacza, że ktoś zawiódł. Wyciągałeś mnie z tarapatów tyle razy, sama nie wierzę, że to mówię, ale Chloe miała rację: bez ciebie nie dałabym sobie rady. Najważniejsze, że wszystko wróciło do normy. 
Przez chwilę nic się nie działo, aż w końcu Chat Noir odsunął się ode mnie z lekkim uśmiechem.
-Dziękuję, Ladybug. 
-Nie ma sprawy - uspokoiłam się, widząc, jak uchodzi z niego całe zdenerwowanie. 
Może to z powodu radości, że znów jest sobą, a może zwyczajnie też tego potrzebowałam, ale tym razem nie zbyłam go, kiedy pochylił się i przytulił mnie do siebie. Odwzajemniłam uścisk, zaskakując nawet samą siebie. 
-Przyznaj, bardziej podobam ci się, kiedy nie jestem złoczyńcą czy jako opętany sługa HM? - zapytał z ustami tuż przy moim uchu. 
Odepchnęłam go i dałam kuksańca w bok, jednocześnie śmiejąc się z ulgą. Stary dobry Chat Noir. Puścił mi oczko z zawadiackim uśmiechem, więc uznałam rozmowę za zakończoną.
Wyrzuciłam jojo.
-Dobrze cię mieć z powrotem - wyznałam, zanim zwolniłam linkę, która pociągnęła mnie w kierunku domu. 
Po takim dniu marzyłam tylko o tym, żeby położyć się do łóżka i przespać w spokoju resztę popołudnia.

😼🐞😼🐞😼🐞😼🐞😼🐞😼🐞😼🐞😼🐞😼

Ja też marzę już tylko o łóżku, więc wybaczcie, ale wrzucam tekst na brudno; bez poprawek. 
Pound it! 🐞😼

czwartek, 28 czerwca 2018

Miraculous Tales of Ladynette and Chatdrien - Villain Cat (2/3)

🐞🐞🐞
-Nie mam się w co ubrać, Tikki! - jęknęłam, opadając na krzesło.
-Masz całą szafę ubrań! - zaprotestowało moje Kwami, marszcząc czoło.
-Ale wszystkie są nieodpowiednie! W tym wyglądam jak dziecko, ta koszulka jest już dawno sprana, a tej sukienki nie założę za nic w świecie - mówiąc, wskazywałam poszczególne rzeczy rozrzucone po podłodze. - Nie mogę iść na to spotkanie, wyglądając jak...  jak zwykle!
Przygarbiłam się i zakręciłam na krześle.
-Kogo ja oszukuję. To bez sensu, i tak wyjdzie beznadziejnie. Wygłupię się, albo Adrien nie przyjdzie, albo...
-Będziesz musiała porzucić plany - rzuciła Tikki.
-Właśnie!
-Mówię serio, Marinette. Sama zobacz.
Podniosłam wzrok i zobaczyłam, że Tikki nie odrywa oczu od najnowszych doniesień kanału informacyjnego spod katedry Notre-Dame. Zwiększyłam głośność.
-... podejrzewają, że to nowy wytwór Hawk Motha. Prosimy mieszkańców o pozostanie w domach i przeczekanie aż sytuacja się uspokoi. Spod katedry Notre-Dame nadawała dla państwa...
Wyłączyłam się, kiedy kamerzysta zrobił zbliżenie i sylwetka nowego złoczyńcy stała się wyraźniejsza. Wytrzeszczyłam oczy w niedowierzaniu.
-Copycat!?
-Nie sądzę - ostudziła mnie Tikki. - Przyjrzyj mu się uważnie. Coś z nim jest nie tak.
Skupiłam się na postaci na ekranie i musiałam przyznać jej rację. Copycat był wiernym odtworzeniem Chat Noir, włączając w to wszystkie moce miraculum. Ten nowy wyglądał natomiast jakby tylko zainspirował się postacią mojego towarzysza: miał prawdziwe pazury, ćwiekowaną kurtkę i te oczy! Lśniły jak złoto i były równie martwe, co nadawało ich właścicielowi przerażającego wyglądu. 
-A co to ma być?
-Łudząco podobne do Antibug - Tikki popatrzyła na mnie wyczekująco.
-Myślisz, że Chat Noir zalazł komuś za skórę? - zastanowiłam się nad prawdopodobieństwem. - Hm, właściwie to taki jakby jego dar. Tikki...!
Przerwał mi dzwonek telefonu. Zerknęłam na wyświetlacz. Alya.
-Widziałaś wiadomości?! - wykrzyczała do słuchawki, kiedy tylko odebrałam. - Muszę koniecznie iść pod katedrę! Kino odwołane. Nino odezwie się do Adriena.
-Nie ma sprawy. I tak powinniśmy zostać w domach - poinformowałam ją, chociaż nie miało to najmniejszego sensu.
-Nie ma szans! Muszę zdobyć jakiś materiał na bloga! Widzimy się w szkole!
Rozłączyła się, nawet nie czekając na moją odpowiedź. Wzruszyłam ramionami.
-Nikt jej nie zatrzyma. Tikki, kropkuj!

😼😼😼
Pod katedrę udało mi się dotrzeć jeszcze przed Alyą i co ważniejsze, przed Chat Noir, który nie odpowiadał na moje telefony, chociaż wyraźnie był dostępny. Za to tłum fotoreporterów i nowa ofiara Hawk Motha zdążyli już zniknąć, nie zostawiając żadnych wskazówek co do swojego następnego ruchu. Ruszyłam pierwszą uliczką z brzegu, mając nadzieję, że złoczyńca nie uciekł za daleko. W końcu i tak musiał mnie znaleźć, żeby zdobyć miraculum. 
Na ulicach nie mijałam zbyt wielu ludzi, większość ukryła się w domach i czekała aż ich obrońcy "załatwią sprawę". Właśnie, obrońcy... Spróbowałam ponownie skontaktować się z Chat Noir, ale odpowiadał mi tylko głuchy sygnał.
-Szukasz kogoś?
Uśmiechnęłam się na dźwięk znajomego głosu. Odwróciłam się do źródła.
-Mógłbyś czasem odbierać telefon, ko... - urwałam w pół słowa, zupełnie zaskoczona tym, co zobaczyłam. - Kitty Cat?!
Nowy złoczyńca Hawk Motha stał przede mną w całej okazałości. Miał koci kij, którym wywijał z nonszalancją znajomym gestem. Przechylał głowę z zainteresowaniem, machając ogonem, ale w jego oczach brakowało tej sympatycznej iskierki, którą tak lubiłam. Stroszył uszy, jakby szykował się do ataku i ten ruch też wydawał mi się swojski. Ale na tym kończyły się wszystkie podobieństwa. Ostre pazury, oczy bez duszy i nowy strój zupełnie nie przypadły mi do gustu.
-Tęskniłaś?
Mój zakumizowany przyjaciel nie dał mi zbyt wiele czasu na oswojenie się z szokującym odkryciem. Zaatakował znienacka, podcinając mi nogi kocim kijem i tnąc pazurami. Odsunęłam się w ostatniej chwili, tracąc stabilne podparcie i spadając w przepaść. Zarzuciłam jojo, umykając złoczyńcy, który najwyraźniej nie miał zamiaru odpuszczać. Czułam jego obecność, kiedy przemierzałam paryskie dachy, gorączkowo usiłując znaleźć jakieś rozwiązanie. Walka z ofiarą Hawk Motha bez wsparcia brzmi jak szaleństwo. Obejrzałam się przez ramię; zakumizowany Chat Noir deptał mi po piętach.  Nie ma mowy o dotarciu do Mistrza Fu dopóki nie pozbędę się ogona.
Skręciłam za hotelem Grand Paris i ukryłam się w cieniu kolumn przy głównym wejściu. Elegancki mężczyzna w garniturze na miarę zamarł w pół kroku, patrząc na mnie ze zdumieniem. Przytknęłam palec do ust i gestem pokazałam mu, żeby się nie zatrzymywał. Kiedy mężczyzna zniknął we wnętrzu hotelu, rozejrzałam się po okolicy. Ani śladu kota. To było łatwiejsze niż sądziłam. 
Zawróciłam pod katedrę, zmierzając do domu Mistrza Fu. Zwolniłam, dostrzegając w dole biegnącą z telefonem w ręku Alyę. Mówiła coś, robiąc zapewne transmisję na żywo na swojego bloga, a to mogło oznaczać, że dostrzegła Ladybug. Skoro jednak ja byłam na dachu, a ona kręciła coś przed sobą, bez dwóch zdań oznaczało to nadciągające kłopoty.
Odwróciłam się, w ostatniej chwili unikając rzuconego w moim kierunku kija. Chat Noir był niedaleko, lustrując mnie wściekłym spojrzeniem. Nie mogę uwierzyć, że dopadła go akuma. Zeskoczyłam z dachu, lądując tuż przy Alyi. Co takiego się stało?
-Świetnie cię widzieć! - ucieszyła się na mój widok, nic sobie nie robiąc ze zbliżającego się niebezpieczeństwa. - Czy mogłabyś powiedzieć...
-Powinnaś się stąd ewakuować, Alya.
-Nie ma mowy! Muszę...
-Uważaj! - krzyknęłam, chociaż oczywistym było, że Alya jest za wolna.
Jak w zwolnionym tempie widziałam lecącą ku przyjaciółce postać w czarnym kostiumie, a potem wszystko działo się już bardzo szybko. Sięgnęłam po swoje jojo i zamachnęłam się, oplatając Alyę, po czym odciągnęłam ją na bok i zwinęłam broń.
-Uciekaj!
Alya tym razem posłusznie odbiegła w przeciwnym kierunku, chociaż podejrzewałam, że po prostu schowa się w jakiejś bramie z dobrym widokiem na całą akcję. Odwróciłam się do kota.
-Przestałaś uciekać, Bugaboo?
Przemilczałam odpowiedź, analizując sytuację, w której się znalazłam. Nie miałam pomysłu, co robić dalej, zwłaszcza, że mój jedyny plan opierał się na wezwaniu Reny Rouge. Mogłam zmusić Chat Noir do użycia cataclysmu, ale brakowało mi pewności, czy jego moce nadal działały tak jak zwykle. Co, jeśli ogranicznik czasowy już go nie dotyczył? A nawet jeśli, to co by się stało, gdyby ostatnia poduszka z pierścienia zniknęła? Nie miałam gwarancji, że Chat Noir stanie się bezbronny. Poza tym nadal uważałam, że nie powinniśmy znać swoich tożsamości. Zagryzłam wargę.
-Zawsze możesz oddać mi swoje miraculum po dobroci - odezwał się. - Zaoszczędziłoby to nam bezsensownej walki.
-Chyba śnisz.
Zakumizowany Chat Noir wykrzywił usta w groteskowej parodii uśmiechu i sięgnął po swoją broń.
-Świetnie. Nawet tak wolę.
Tym razem byłam przyszykowana na starcie, ale ciężko było mierzyć się z oburęcznymi ciosami wysłannika Hawk Motha zaślepionego pragnieniem zdobycia miraculum. Tylko jakiś zupełny przypadek sprawił, że udało mi się obezwładnić Chat Noir, który mrugnął do mnie, uderzając otwartą dłonią w ulicę.
-Cataclysm!
Ziemia zatrzęsła się, pękając we wszystkich kierunkach, a Chat Noir wykorzystał chwilową niestabilność, żeby zepchnąć mnie z siebie. Odturlałam się, jednocześnie unikając wymierzonego w moją głowę kociego kija.
-Nieładnie kopać leżącego - syknęłam, wyjmując jojo.
Zerknęłam w kierunku pierścienia Chat Noir i ze zgrozą odkryłam, że nie było na nim zupełnie nic. Cały pokryty głęboką czernią pozbawił mnie wszelkich nadziei na osłabienie przeciwnika po użyciu mocy. No to jestem w kropce.
Mój umysł pracował na zwiększonych obrotach. Zupełnie jak Chat Noir, który zaatakował ze zwiększoną siłą, najwyraźniej rozdrażniony wcześniejszą przegraną. Zaciskał ze wściekłością zęby i odnosiłam wrażenie, że zaraz zacznie warczeć, co jakimś cudem wydało mi się niesamowicie zabawne. Sytuacja była jednak dużo mniej niż zabawna. Walczyłam automatycznie, gorączkowo starając się znaleźć jakiejś wyjście z tej chorej historii. Zdarzało mi się już ścierać z Chat Noir, ale  nigdy nie podejrzewałam, że przyjdzie mi mieć w nim prawdziwego wroga.
-Cataclysm!
Dłoń w rękawiczce cięła powietrze w kierunku mojej twarzy. Oplotłam jojo wokół nadgarstka Chat Noir i szarpnęłam, odrzucając go od siebie. Nieograniczony cataclysm?! To chyba jakiś żart. Odwróciłam się w momencie, kiedy mój zakumizowany przyjaciel pozbierał się z ziemi i ruszył biegiem, żeby mi za to odpłacić.
Zaczyna się robić gorąco.
-Lucky charm!
🐞🐞🐞

Cześć i dzięki za przeczytanie drugiej części Villain Cat ;) 

Video montage: LadiesOfMiracle

środa, 27 czerwca 2018

Miraculous Tales of Ladynette and Chatdrien - Villain Cat (1/3)

🐞🐞🐞
-Widzimy się, m'Lady!
Zarzuciłam jojo i zniknęłam na najbliższym dachu, zanim wszystkie kropki z kolczyków zniknęły i Chat Noir poznałby moją prawdziwą tożsamość. Znałam tą kamienicę jak własną kieszeń, więc spokojnie przemieniłam się za jednym z kominów i podeszłam do drzwi prowadzących na klatkę schodową.
Wyszłam na ulicę jak gdyby nigdy nic, kierując się do domu. Kiedy mijałam most zakochanych, dostrzegłam Andre nakładającego porcję lodów szczupłemu blondynowi w markowych jeansach. Stanęłam na środku chodnika z bijącym sercem, ledwie zauważając przytuloną parę, która omal na mnie nie wpadła i rzuciła jakąś nieprzyjemną uwagę pod moim adresem. Nieważne skoro to... jakiś zupełnie nieznajomy chłopak dużo mniej przystojny i zjawiskowy niż Adrien. Jęknęłam, przeklinając się w duchu za taką naiwność. Zresztą, nawet gdyby to był Adrien, to co bym mu powiedziała? Cześć, jak się widzieć, miło cię mieć? Albo klasycznie: A-a-a-drien, bla bla bla. Dużo bym dała, żeby jedną z mocy Ladybug była umiejętność rozmawiania z Adrienem. Albo wymazywanie pamięci, żeby chociaż nie pamiętał tych wszystkich momentów, kiedy zrobiłam z siebie kretynkę w jego obecności. Pewnie to by oznaczało, że musiałby zapomnieć o mnie w ogóle.
Pchnęłam drzwi do piekarni i powitała mnie martwa cisza. Przekręciłam zamek i ruszyłam w głąb domu, wspinając się po schodach. Rodzice musieli już spać, bo z ich sypialni nie dochodził mnie nawet najcichszy dźwięk ulubionego wieczornego programu taty. Zerknęłam na zegarek. Wpół do dwunastej. Wybałuszyłam oczy i najciszej jak potrafiłam, skierowałam się do swojego pokoju. Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie potrąciła przy okazji półmiska z owocami, z którego wysypały się jabłka, robiąc niewiarygodny hałas.
-Marinette? - zaspany głos mamy obudził alarm w mojej głowie.
Nie może tu przyjść!
-Zachciało mi się pić, mamo, przepraszam!
Odpowiedziało mi tylko ciche pochrapywanie taty. Odetchnęłam z ulgą i odłożyłam owoce na miejsce, co nie było takie łatwe w egipskich ciemnościach panujących w kuchni. Chat Noir nie miałby z tym problemu, przemknęło mi przez myśl, kiedy zaczęłam wspinać się na poddasze. W pokoju padłam na swoje łóżko w ubraniach, czując niewyobrażalne zmęczenie.
-Tiki? - szepnęłam, ale moje Kwami milczało jak zaklęte.
Zajrzałam do torebki. Tiki spała w najlepsze wśród okruszków ciasteczek, które musiała spałaszować, kiedy tylko się przemieniłam. Zdjęłam kurtkę i buty, po czym resztkami sił zagrzebałam się w pościeli.
😼😼😼
Rano zamiast budzika, usłyszałam cieniutki głosik tuż przy uchu:
-Marinette! Marinette, wstawaj!
Zrzuciłam z siebie kołdrę, jeszcze zanim otwarłam oczy. Kiedy zeskoczyłam z łóżka, zakręciło mi się w głowie, więc usiadłam z powrotem, a Tiki natychmiast przycupnęła na moim ramieniu z kolejnym kawałkiem ciastka.
-Znowu się spóźnię, Tiki - jęknęłam.
-Ratowałaś Paryż, Marinette, a to chyba warte jednego spóźnienia.
-Aha, tylko szkoda, że nikt o tym nie wie - przypomniałam jej, wciągając na siebie przypadkowe ubrania.
Dziesięć minut później stałam w kuchni, gotowa do wyjścia,
-Znowu nie zjadłaś śniadania. Co się z tobą dzieje, Marinette? - zaniepokoiła się mama, podając mi kanapkę.
-Wszystko w porządku - zapewniłam. - Muszę lecieć, cześć!
Wybiegłam z mieszkania, po drodze żegnając się z tatą i wypadłam na ulicę, świadoma, że lekcje się już rozpoczęły. Biegłam, dopóki nie złapała mnie kolka i dalej poczłapałam się już tylko, modląc się, żeby czas zwolnił.
Do klasy wślizgnęłam się siedem minut po czasie i był to jak na razie mój najlepszy czas dotarcia do szkoły. Nauczycielka stała plecami akurat plecami do mnie, notując coś na tablicy. Pierwsi dojrzeli mnie Alya i Nino, który szturchnął w bok Adriena, zwracając uwagę większej ilości osób. Powoli stawało się to codziennością: ja zakradałam się do sali, a cała klasa obserwowała moje poczynania, czekając aż nauczyciel mnie zauważy. Jeśli udało mi się usiąść w ławce, zanim to się stało - moje spóźnienie nie zostawało odnotowane, dlatego za każdym razem traktowałam to jak walkę na śmierć i życie.
Z wprawą przekroczyłam plecak Adriena, dziękując w duchu, że miałam ławkę tak blisko drzwi.
-Nieźle, siostro - pochwaliła mnie Alya, kiedy usiadłam na swoim miejscu.
Odetchnęłam bezgłośnie i uśmiechnęłam się triumfalnie. Grymas zastygnął mi na twarzy, kiedy chłopaki odwrócili się do nas, a ja zatonęłam w zielonych oczach Adriena na dobre. Alya kopnęła mnie w kostkę pod ławką, wyławiając mnie z nich skutecznie. Przeniosłam wzrok na Nino, który otworzył usta, żeby coś powiedzieć - zapewne pogratulować mi udanego wejścia - ale nauczycielka okazała się szybsza:
-Chłopcy, prywatne sprawy proszę załatwiać po lekcjach.
Całą czwórką spłonęliśmy rumieńcem i posłusznie skupiliśmy się na tablicy, choć potencjalna wizyta u dyrektora groziła wyłącznie mi. Ciekawe, czy Chat Noir też tak zawala po wyczerpujących akcjach, westchnęłam w duchu. Zreflektowałam się jednak szybko, bo prywatne życie mojego partnera nie powinno mnie ani trochę interesować.
Co innego Adrien.
Resztę dnia przetrwałam wgapiona w jego plecy, fantazjując o wszystkich tych rzeczach, które zapewne spaprałabym, jąkając się albo potykając o własne nogi. W moich wyobrażeniach, rzecz jasna, z każdej sytuacji wychodziłam z twarzą, co zresztą świadczy o tym jak wybujałą wyobraźnię posiadam...
Kiedy wychodziłam z Alyą ze szkoły, Adrien i Nino czekali na nas u stóp schodów, doprowadzając szofera Agrestów do białej gorączki. Zamachali nam, żebyśmy się pospieszyły.
-Dzisiaj w kinie nadają świetny film akcji. Macie ochotę do nas dołączyć? - zaproponował Adrien, przeskakując wzrokiem ze mnie na Alyę i z powrotem.
-Z przyjemnością! - Alya szturchnęła mnie łokciem. - Prawda, Marinette?
Otrząsnęłam się z wyobrażeń o obejmowaniu się w kinie z Adrienem i wyszczerzyłam entuzjastycznie.
-Mhm - potaknęłam, kiwając zamaszyście głową.
-Świetnie, to o szóstej pod kinem - rzucił na pożegnanie Adrien, zanim pobiegł w kierunku samochodu.
Ledwie zauważyłam, że Nino również już się oddalił i dopiero Alya przywołała mnie do rzeczywistości. Pomachała mi ręką przed oczami z kpiącym uśmiechem.
-Musisz naprawdę nad sobą popracować, dziewczyno.
-Idę do kina z Adrienem - powiedziałam rozmarzonym głosem.
Alya wydała z siebie coś pomiędzy jęknięciem a parsknięciem i ruszyła w kierunku domu zamaszystym krokiem. Popędziłam za nią.
-A co tam z Nino?
-A co ma być? Rozmawiam z nim - dogryzła mi. - Świetny sposób na zbliżenie się do chłopaka, wiesz?
-Ha ha, pracuję nad tym.
-Masz niewiele czasu, Marinette. Lepiej pracuj szybciej - mrugnęła do mnie. - Widzimy się pod kinem. Tylko nie zapomnij!
Rozdzieliłyśmy się i niemal biegiem rzuciłam się w stronę domu, żeby przygotować się chociaż trochę na wieczorną randkę z Adrienem. Choć teoretycznie nie szliśmy na randkę. Bez różnicy.
🐞🐞🐞
-Ale tato! 
-Żadnych "ale", Adrien. Dziś wieczorem masz dodatkową lekcję chińskiego i nie mam zamiaru jej odwoływać. Pójdziesz ze znajomymi do kina innym razem - głos ojca brzmiał oschlej niż zwykle. - I nie doprowadzaj mnie do ostateczności swoimi grymasami. 
Milczałem, patrząc jak znika w swoim gabinecie dumny z kolejnej złapanej szansy uziemienia mnie w domu. Wiedziałem, że każda próba przekonania go, żeby przełożyć chiński skończy się powrotem do nauczania indywidualnego. Zamiast tego zatrzasnąłem się w swoim pokoju i rzuciłem torbą w ścianę, co niezbyt spodobało się Plaggowi, którego niemal zgniotłem między książkami. 
-Mam tego po dziurki w nosie, Plagg! - warknąłem, uderzając pięścią w blat biurka. - Cały swój czas poświęcam na wszystko, czego życzy sobie ojciec i nie dostaję nic w zamian! 
-Co się wściekasz, spójrz na dobre strony - rzucił, rozsiadając się wygodnie przy talerzyku z camembertem. - W domu mamy cały zapas pysznego sera!
-Plagg, myślisz tylko żołądkiem.
Z wściekłością kopnąłem w fortepian, którego struny zatrzeszczały w proteście. 
-Na pewno nie spędzę znowu całego popołudnia w domu. Plagg, wysuwaj pazury.
Niezadowolony jęk Kwami ucichł, kiedy zniknął w pierścieniu, porzucając nadgryziony camembert. Nadal nabuzowany złością wskoczyłem na parapet i wychyliłem się przez okno. Nic tak nie odprężało jak poczucie wolności, kiedy chowałem się za maską i mogłem robić wszystko na co miałem ochotę.  Ale tym razem nawet to nie pozwalało mi się wyciszyć. wspiąłem się na dach, patrząc z góry na Paryż w godzinach szczytu. Zacisnąłem dłoń w pięść.
Powinienem móc go oglądać bez magicznych zdolności i maski na twarzy.
Nie zdawałem sobie sprawy z czyjejś obecności, dopóki niewielki, ciemny kształt nie zamajaczył mi przed oczami.
Akuma!
O nie, nie, nie...!
Cofnąłem się jak oparzony, usiłując oddalić się od małego pasożyta. Zamachnąłem się kilka razy kijem, chociaż nie miałem najmniejszych szans z paskudną ćmą bez joja Ladybug. Zresztą walka straciła dla mnie jakikolwiek sens, kiedy akuma usiadła na dzwoneczku, a w głowie usłyszałem głos, który normalnie zjeżyłby mi włosy na karku. 
-Witaj, Villain Cat. Mam dla ciebie propozycję.
😼😼😼
Witam w zapożyczonym uniwersum Miraculous! Skoro wiadomo już, że posiadacze miraculum mogą zostać zakumizowani to pewnie kwestią czasu jest, że ujrzymy w tej roli Chat Noir lub - co gorsza - Ladybug 🐞😼 Miłej lektury!

środa, 29 marca 2017

To wydarzyło się naprawdę

Lillian Asplund mimo swoich 99 lat miała doskonałą pamięć. Pamiętała nawet, jak w kwietniu 1992 roku weszła na wspaniały, ogromny statek, na którym wciąż czuć było zapach świeżej farby.
Cztery dni później, w środku nocy pięcioletnią Lillian obudziło nietypowe wrażenie czyjejś obecności tak, jak czuje się wzrok na plecach, jeszcze zanim dostrzeże się obserwatora. Ledwie otwarła oczy, a wszystko w kajucie zakolebało się, jakby statkiem ktoś zatrząsł. Po chwili nastała cisza. Mijały minuty, aż w końcu dziewczynka ponownie zamknęła oczy. Niestety, sen nie nadchodził. Z jakiegoś powodu pod powiekami utkwiła jej twarz babci, u której mieszkała prawie od urodzenia, ponieważ po śmierci męża kobieta nie radziła sobie z prowadzeniem gospodarstwa. Kiedy dwa miesiące wcześniej matka ojca Lillian odeszła, ten sprzedał teren sąsiadowi, a następnie zapakował rodzinę na statek, żeby wrócić do własnego domu.
 Dziewczynka sięgnęła do medalionu na szyi i otwarła go, mimo iż w ciemności nie widziała zdjęć umieszczonych wewnątrz. Po policzku spłynęła jej pojedyncza łza tęsknoty za ukochaną babcią, która dzień przed swoją śmiercią obiecała być przy niej zawsze. Nawet nie zorientowała się, kiedy zmorzył ją sen. Gdy ponownie otwarła oczy, w kajucie rozbrzmiewała dobrze znana jej piosenka. Wciąż czuła czyjąś obecność. Zdezorientowana podniosła się i rozejrzała wokół. Drewniana para w babcinej pozytywce kręciła się w najlepsze na stoliku, chociaż Lillian widziała, jak ojciec chował ją do walizki między zapasowe pary skarpetek.
W momencie, kiedy o nim pomyślała, mężczyzna usiadł na pryczy i przeciągnął się, ziewając. Spojrzał na pozytywkę, marszcząc brwi. Wstał, żeby zamknąć wieko pudełeczka i wtedy dostrzegł córkę.
-Lillian? Dlaczego nie śpisz? – uciszył melodię szybkim ruchem. – Po co wyjęłaś pozytywkę? Jest dopiero pierwsza w nocy, moja droga panno…
-Ale to nie ja! – szepnęła z przejęciem Lillian, kręcąc głową. – Mnie również ona obudziła!
-Jeśli nie ty, to kto? Chłopcy śpią, a kajuta jest zamknięta na klucz – ojciec wskazał na drzwi, które, ku zdziwieniu obojga, otwarły się pchnięte niewidzialną siłą. – Jak…?
Mężczyzna podszedł do wyjścia i wyjrzał na korytarz. Lillian widziała, jak na jego twarz występuje przerażenie.
-O, na Boga, woda! Selma, obudź się, dzieci, wstawajcie!
Lillian czym prędzej zeskoczyła z pryczy i dołączyła do ojca. W istocie cały korytarz zalany był aż po kostki dziewczynki. Zza zakrętu wybiegła kobieta z niemowlęciem na rękach.
-Pani Dean, co się dzieje? – zawołał ojciec Lillian, zagradzając jej drogę.
-To koniec, jeśli nie dostaniemy się do szalup to wszyscy utoniemy! Proszę zejść mi z drogi, muszę ratować córeczkę!
Ojciec Lillian zszokowany odsunął się na bok, przepuszczając kobietę. Jego rodzina była już na nogach i wszyscy słyszeli złowróżbne słowa kobiety. Całą siódemką wybiegli z kajuty, kierując się na górny pokład. Na schodach wpadli w tłum ludzi, który zmusił ich do zwolnienia tempa. Wszyscy krzyczeli i przepychali się, przewracając się nawzajem do lodowatej wody.
Wreszcie udało im się wydostać na pokład opanowany jeszcze większym chaosem. Przy każdej szalupie kłębiły się dziesiątki ludzi, próbujących uratować się ze statku, jednak Lillian dostrzegła wśród nich znajomą postać, której nie powinno tam być, wskazującą miejsce, gdzie stali sami mężczyźni krzyczący coś o niesprawiedliwości i barbarzyństwie. Dziewczynka bez namysłu rzuciła się biegiem w tamtym kierunku. Matka krzyknęła, żeby wracała, ale Lillian już przeciskała się do szalupy. Rodzina szybko ją dogoniła.
-Najpierw kobiety i dzieci! – krzyknął mężczyzna w mundurze i podniósł Lillian, żeby umieścić ją w łodzi ratunkowej.
-Przepraszam, to moje dziecko! – zawołał ojciec Lillian, machając ręką nad tłumem. – Mam tu jeszcze żonę i czworo chłopców.
-Przykro mi, w tej szalupie jest miejsce jeszcze tylko dla dwóch osób! Nie mogę zabrać więcej!
Ojciec Lillian wcisnął małego Felixa w ręce żony i popchnął ją w kierunku oficera.
-Carl, ja nie mogę! Zostanę z tobą!
-Nie bądź śmieszna, ktoś musi zająć się dziećmi! Poszukam innej szalupy, musisz wejść!
Kobieta zalała się łzami, ale pozwoliła posadzić się w łodzi, którą niemal natychmiast zaczęto opuszczać. Lillian przytuliła się do matki i odsunęła się dopiero, kiedy dno szalupy uderzyło o taflę wody. Po raz ostatni spojrzała na pokład, skąd machali do niej bracia i ojciec, a także niewidoczna dla innych postać, która – według przeczuć Lillian – całą noc próbowała ich ochraniać, tak jak obiecała.
-Dziękuję, babciu – szepnęła przez łzy, ściskając medalion.
Lillian Asplund pamiętała tę noc doskonale, jednak przez całe życie wolała udawać, że jest inaczej. I tak nikt by nie uwierzył.
_____________________________________________________________
Minął rok, a ja ponownie wzięłam udział w Konkursie Literatury i Sztuki Fantasy w mojej szkole. Opowiadania miały być pisane pod tematem "To wydarzyło się naprawdę", dlatego postanowiłam nawiązać do wydarzeń historycznych. Dziś odbyło się rozwiązanie konkursu i okazało się, że znów zajęłam 2. miejsce :) Tekst może nie jest jakiś górnolotny, ale cieszę się, że komuś jednak przypadł do gustu :)